„Minghun” – przywracać sacrum tego, co liminalne
O filmie Jana P. Matuszyńskiego napisano już wiele. Jako spóźniona recenzentka mogłabym więc dorzucić do tej puli swoje trzy grosze, ale chcę się zamiast tego podzielić z Wami czymś, co przeniesie nas na grunt rodzimej kultury funeralnej.
Na pierwszy rzut oka ceremonia zaślubin między umarłymi wydaje się być tak odległa od polskich obrzędów pogrzebowych jak tylko można. Przeszłość to jednak inna planeta, a wyprawy w nią (choćby te tekstualne, w oparciu o źródła historyczne i etnograficzne) mogą być równie niesamowite jak podróże w odległe regiony świata.
Pierścień i wianki - wesele umarłego
Co powiecie na przykład na taki fragment ze „Zwyczajów pogrzebowych ludu polskiego” Adama Fischera?: „W Przemyskiem, dziewka leży w wieńcu z barwinku i wstążkach na głowie, a z chustką w ręce, jak do ślubu; opasują ją nadto różową wstążką w pasie i dają woskowy pierścionek na palec prawej ręki […]. Pierścionek taki dostaje i zmarły parobek i bukiet z barwinku na piersi. Parobka zmarłego niosą na cmentarz dziewki, a dziewkę parobcy. Małorusini wogóle obsypują dziewczynę w trumnie kwiatami, a koło parobka i dziewczyny stawiają weselne drzewko. Na pogrzebie jest cała drużyna weselna. […] Drużbowie niosą trumnę, a drużki idą obok nich. Jak umrze parobek, wybierają jednego z pomiędzy jego rówieśników i przyjaciół, aby w czasie całego pogrzebu zastępował nieboszczyka. Ubiera się on w odzież zmarłego i dostaje w czasie stypy 5 chlebów, białą chustkę i próżną miskę glinianą. Dary te zwą się; „misoczkojo“. Niekiedy pieką nawet korowaj i rozdają pozostałe po zmarłym rzeczy. W ogóle pogrzeb przypomina wtedy zupełnie wesele.” (*)
Można by się zastanawiać, czy zgodnie ze stwierdzeniem badacza taki pogrzeb tylko „przypomina” wesele, czy też dzięki obrzędowej mocy do tworzenia metafor – tym weselem jest. Zanim jednak się nad tym zastanowimy, warto rozłożyć opisane tu praktyki na czynniki pierwsze, żeby zobaczyć, jak silne jest nagromadzenie symboliki matrymonialnej. Mamy więc dziewczynę pochowaną w barwinkowym wieńcu ze wstążkami. W innych regionach jako rośliny wykorzystane w tym celu pojawiają się na przykład ruta czy mirt, które także były używane do wicia typowych wianków weselnych, w czasie obrzędów ślubnych zastępowanych przez czepiec. Mamy woskowy, zaślubinowy pierścień na palcu. Mamy drzewko weselne (rózgę), wite tradycyjnie przez panny w czasie rozplecin i wykupywane przez drużynę pana młodego. Mamy odtworzenie tejże drużyny spośród rówieśnic i rówieśników zmarłego. Jest tu wreszcie pieczywo obrzędowe utożsamiane z tym weselnym na tyle ściśle, że nawet określane mianem korowaja.
W innych miejscach tego rozdziału Fischer opisuje również pozostałe elementy związane z weselną symboliką jak: rozdawanie gościom pogrzebu chustek lub ręczników obrzędowych, zabawę z tańcami, odgrywanie przez któregoś z młodych chłopaków roli wdowca po zmarłej dziewczynie czy stroje żałobników w innym niż na zwykłym pogrzebie kolorze (np. czerwonym).
Połączeniu obrzędów weselnych i pogrzebowych w jeden sprzyjała ich społeczna i kulturowa funkcja. W czasie tych pierwszych państwo młodzi także umierali dla stanu panieńskiego/kawalerskiego, by narodzić się jako mąż i żona. W czasie drugich – umierali na tym świecie, by narodzić się dla wieczności. Życie w kulturze tradycyjnej było ciągiem rytualnych śmierci i narodzin służących zmianie własnego statusu społecznego. Pogrzeb to kolejne z takich wydarzeń, w którym ludzkie i zaświatowe splatały się ze sobą. Zimozielone rośliny znane z wieńców panieńskich były stałym elementem pejzażu cmentarnego – tak bowiem jak zima potrzebuje ich jako obietnicy ciągłości życia, tak samo stawały się pomostem między panną a żoną i zmarłymi a żywymi.
Groza i moc liminalności a obrzędy przejścia
Dlaczego jednak wyprawienie pannom i kawalerom pośmiertnego wesela było tak ważne? Przede wszystkim dlatego, że w kulturze, w której małżeństwo było pożądanym społecznie stanem pełni, takie połączone z pogrzebem zamążpójście/ożenek umożliwiały domknięcie życiowego cyklu. Większość z nas słyszała o południcy – żeńskim demonie czającym się w południe na pracujących w polu. Nie wszyscy jednak wiedzą, że południca była demonem dziewczyny zmarłej niedługo przed ślubem, podobnie zresztą jak zatańcowujące ludzi na śmierć rusałki, które także rodziły się ze zmarłych dziewcząt. Brak rytualnego dopełnienia był więc niebezpieczny nie tylko dla duszy zmarłego, ale też dla całej społeczności. Niespełnione duchy stawały się duchami głodnymi cudzej śmierci, więc w interesie wspólnoty leżało ich zaspokojenie. Inaczej pozostałyby już na zawsze w przestrzeni liminalnej, w przestrzeni zawieszonej pomiędzy dwoma światami.
Pięknie o tej liminalności pisze Wit Szostak w „Oberkach do końca świata”. Jedna z bohaterek, Maria Wichrowa, nie dopełnia rytuału weselnego ze względu na nagłe powołanie jej świeżo poślubionego męża, Franciszka do wojska. Wojna się kończy, mąż nie wraca. Maria nie jest już panną, ale nie jest też do końca mężatką. „Ludzie przestali ją zagadywać, przestali się uśmiechać, mijała ich jak zjawa, zawsze nieobecna, mężatka bez chusty na głowie, panna z obrączką na serdecznym palcu. A ona zanurzyła się w dziwny i niedostępny innym świat, świat zaświatowy […]. Śniła o aniołach, które przysiadały na wypłowiałych strzechach i spokojnie czuwały nad codziennością prostych ludzi. I budziła się z tych snów, szła przez Prawieś do kościoła i widziała te same anioły, w długich srebrnych szatach, które kładły palce na usta, by nikomu nie zdradziła ich obecności” (**)
Stany graniczne w życiu człowieka: pomiędzy narodzinami a pierwszą kąpielą, dzieciństwem a wiekiem młodzieńczym, panieństwem a zamążpójściem, otwierały bramy dla tego, co zaświatowe, co święte i pełne grozy zarazem. Rolą obrzędów przejścia było ułatwienie jednostce i społeczności poruszania się po tych granicach w bezpieczny dla nich sposób. Taką właśnie, ochronną i domykającą rolę pełni azjatycki minghun, taką pełniły nasze rodzime rytuały wesela umarłego.
Z dzisiejszej perspektywy świata, w którym jedna zmiana przechodzi natychmiast w drugą tak szybko, że często nie mamy jak jej uchwycić – ten sposób myślenia może być trudny do pojęcia. Zawarcie małżeństwa to zaledwie kwadrans w urzędzie stanu cywilnego, godzina w kościele. Jak w tak krótkim czasie może zmieścić się wszystko, co wcześniej wymagało rozbudowanego zespołu praktyk, którego sam ślub był tylko niewielką częścią?
„Minghun” jest więc dla mnie nie tylko filmem o żałobie, ale też o zatrzymaniu się, o próbie odnalezienia w codziennym pędzie przemożnej mocy tego, co liminalne. O czasie dla żałoby w świecie, w którym znamy już tylko szybkie pogrzeby i szybkie śluby. O przywracaniu sacrum przekraczania granic oraz jego sile spajania ludzi ze sobą i światów z zaświatami.
(*) A. Fischer, „Zwyczaje pogrzebowe ludu polskiego”, Wyd. Estymator, Warszawa 2020. (**) W. Szostak, „Oberki do końca świata”, Powergraph, Warszawa 2024.