Logo

Tworzenie przestrzeni na zmianę – o rytuałach dorastania

Na zdjęciu widnieje asfaltowa droga okolona po obu stronach polami. Na drodze dość daleko od obiektywu tak, że nie widać twarzy, stoi niewysoka ludzka postać. Zdjęcie wykonywane jest pod słońce, więc całość jest celowo nieco prześwietlona.
Fot. fot. Monika Stasiak

„W dniu, w którym chłopiec ukończył trzynaście lat, gdy trwał wczesny przepych jesieni, a na drzewach pełno jeszcze było jaskrawych liści, Ogion powrócił do wioski z wędrówek po górze Gont i odbył się obrzęd Przejścia. Czarownica odebrała chłopcu imię Duny, imię, które nadała mu matka jako niemowlęciu. Bez imienia, nagi wchodził w zimne źródła Ar, tryskające pośród głazów, pod wysokimi urwiskami. Gdy wstąpił w wodę, chmury przesłoniły twarz słońca: wielkie cienie spłynęły i zmieszały się na powierzchni rozlewiska wokół niego. Chłopiec przeszedł do odległego brzegu; drżał z zimna, lecz kroczył powoli, wyprostowany, tak jak należało, poprzez lodowatą, bystrą wodę. Gdy dobrnął do brzegu, czekający nań Ogion wyciągnął rękę i ściskając ramię chłopca szepnął mu jego prawdziwe imię: Ged” (*).

To fragment „Czarnoksiężnika z Archipelagu” Ursuli Le Guin, który przyszedł do mnie kilka tygodni temu, po rytuale dorastania mojego syna. Szukałam wtedy właściwych słów na określenie tego, co się stało, jednak wciąż było za wcześnie, by je znaleźć. Może dlatego, że to nie do końca była już moja opowieść, a jedynie byłam częścią tej, która należała do niego? Siedzieliśmy wtedy w chłodnej kuchni w gronie kilku osób, które zostały po ceremonii, a Wodosław (bo takie imię ceremonialne otrzymał) z namaszczeniem podawał nam w krąg symboliczne przedmioty, które dostał od towarzyszących mu w uroczystości bliskich. Orzech-apotropeion, bocianie pióro, kawałek brzozowej kory, krzemień i wiele innych. Każdy wybrany z uwagą, podporządkowany myślom i życzeniom, które obdarowujący chcieli mu podarować na nowy etap. Podarowali jednak o wiele więcej. Obecność. Siłę wspólnoty. Czas, który poświęcili, by towarzyszyć jemu i nam w tym, co się wydarzyło. Wodosław promieniał więc mocą tych dobrych życzeń, wyprawy w gronie mężczyzn oraz zadań, z którymi mierzył się w trakcie spotkania z Leszym.

Jak bowiem dla wielu przed nim, wszystko zaczęło się od wejścia do Lasu – tam, gdzie ludzkie ustępuje miejsca pozaludzkiemu i zaświatowemu, gdzie można się zgubić i na nowo odnaleźć.

„Idź w las, idź w las. Jeśli nie wejdziesz do lasu, to nic ci się nie przydarzy i nigdy nie zaczniesz naprawdę żyć” (**).

Jemu się przydarzyło, co relacjonował potem z wypiekami na twarzy wszystkim, którzy chcieli słuchać. Odłączenie od towarzyszącej mu grupy mężczyzn. Spotkanie z tym, któremu w czasie jesiennych spacerów zostawiał zawsze kilka najpiękniejszych grzybów, a dla którego przyniósł tym razem pachnący miodowy kołacz. Próby odwagi, mądrości i milczenia. Przyjęcie nowego imienia w obecności Rzeki i zamieszkujących ją istot. Odcięty i rzucony w wodę kosmyk włosów – wyraz tego, co zostawił za sobą.

A potem jeszcze powrót do grona tych, od których wcześniej odszedł – z dumą i tysiącem innych emocji malujących się na twarzy. Opowieści o doświadczeniu, które przeniknęło go na wskroś. Dokończenie przy ogniu zainicjowanych przez Leszego postrzyżyn i biwak nad rzeką. A kolejnego dnia ogłoszenie nowego imienia na cztery strony świata i cztery żywioły w obecności połączonych grup kobiet i mężczyzn. Życzące pieśni i słowa. Dzielenie się drugim z obrzędowych kołaczy z kobietami i  mężczyznami, z ogniem, wodą, ziemią i powietrzem.

Dopiero jednak kiedy T. poprosił, byśmy odtąd zwracali się do niego nowym, ceremonialnym imieniem, poczułam całą wagę tego, co nastąpiło. Ktoś odszedł, by ktoś inny mógł się pojawić, a my jesteśmy odtąd rodzicami nie chłopca, a młodzieńca. Oczywiście, zmiana jest nie tyle radykalnym odcięciem, co tworzeniem przestrzeni. Chłopiec wraca do nas regularnie we wszystkim tym, co dzieci czyni dziećmi – czasem w wyobraźni stwarzającej całe nowe światy, czasem zaś w niefrasobliwości tak wielkiej, że aż łapiemy się za głowy. Są jednak coraz częściej takie zdarzenia, które sprawiają, że czujemy wyraźnie granicę, za którą z pewnymi rzeczami musi i chce radzić sobie bez nas. Wodosław to coś więcej niż nowe imię. To znak szukania własnej ścieżki w świecie dorastania, potwierdzenie przebytych w lesie prób oraz wywoływanie do odpowiedzialności za siebie i za otaczające byty.

Stoję więc w pokorze i zadziwieniu nad procesem, który zainicjowaliśmy, a który potoczył się własnym życiem, zasilany szczodrze przez całą naszą społeczność. Rytuały są, żeby pomieścić cud zmiany w tym, co dające się uchwycić zmysłami. Są po to, by wracać ku wartościom, które konstytuują nas jako jednostki i wspólnoty. Są po to, by tworzyć więzi.

(*) Ursula K. Le Guin, Ziemiomorze (t. 1) Czarnoksiężnik z Archipelagu, tłum. Stanisław Barańczak, Prószyński Media, 2022.

(**) Clarissa Pinkola Estes, Biegnąca z wilkami, tłum. Agnieszka Cioch, Zysk i S-ka, Poznań 2001.